Lilly Allen

Anglia, szczególnie Londyn, to miejsce, a właściwie prawdziwy kurnik gwiazd mianowanych dumnym określeniem indie. Znaczy to tyle, że ze swoją muzyką są absolutnie niezależni, do wszystkiego doszli sami, mają jaja i nie lękają się krytyki, ponieważ a) nie muszą ze względu na poziom, jaki reprezentują b) mają ich gdzieś. I taka jest młoda, utalentowana panienka po przejściach Lilly Allen, która na płycie "Allright, still.." znajduje ujście dla swoich nerwów, przemyśleń, oraz atakuje wszystkich, którzy kiedyś zaleźli jej za skórę, głównie chłopaków. Mało to ambitne, ale w jej wykonanie broni się właśnie poziomem. Dziewczyna ta kombinuje z dźwiękami, stara się połączyć dziewczęcy, delikatny hip-hop z funkiem, z swingiem, jazzem oraz ragga i klasycznym reggae. I wychodzi jej to całkiem przyzwoicie, nie ma się czego wstydzić. Boli tylko, że jej faktyczny, prawdziwy talent jest na tym krążku świetnie zakamuflowany komputerowymi trikami. Jej prawdziwy poziom wokalny bezlitośnie obnaża pierwszy lepszy film z koncertu na youtube.com, ale w sumie nie jest to aż tak wielka przeszkoda, by skreślać ją i spisywać na straty. Co to, to nie. Ona jako jedna z niewielu gwiazd alternatywy, wchodząca jednocześnie na scenę głównego nurtu, potrafi zachować dystans do siebie i tego, co tworzy. I za to należą się jej brawa.

 
phone card - praca w holandii - Kolektory Słoneczne - Opakowania foliowe - pisanie prac - odżywki - odżywki - reliance india call - free download manager - fotograf poznań